Jednocześnie byli o krok od zdrady - skąd wziął się kryzys w małżeństwie Agnieszki i Łukasza

Jednocześnie byli o krok od zdrady - skąd wziął się kryzys w małżeństwie Agnieszki i Łukasza

Po pięciu latach małżeństwa oboje z mężem w tym samym czasie byliśmy o krok od zdrady - wspomina Agnieszka, szczęśliwa dziś żona i mama 6 dzieci. Jak udało się przetrwać kryzys małżeński i przywrócić harmonię w związku? - Największą trudność stanowiły priorytety. Teraz ustawiliśmy je tak, by służyły naszemu małżeństwu.

Na pierwszy rzut oka małżeństwo, jakich niewiele – otoczeni gromadką dzieci, z daleka widać, że się kochają, a przede wszystkim, że lubią ze sobą przebywać i wciąż, po 15 latach od ślubu – dobrze się ze sobą bawią. W ich towarzystwie nie można się nie śmiać. Trudno uwierzyć, że przeszli zwycięsko poważny kryzys, bo z boku ich relacja wygląda jak bez skazy. Jednak Agnieszka pamięta trudny czas sprzed 10 lat. Nie rozpamiętuje tamtych wydarzeń, nie chce nikogo obwiniać, ale ma świadomość, jak niewiele wtedy brakowało do katastrofy.  

Zdrada w powietrzu kilka lat po ślubie 

- Oboje z mężem w tym samych czasie byliśmy o krok od zdrady. Jak doszło do tego, że po pięciu wspólnych latach pojawił się kryzys w związku? Wtedy, 10 lat temu, nie miałam świadomości, co się dzieje, ale dzisiaj widzę, gdzie leżał problem. Jako młoda żona i mama dwójki dzieci byłam „rozpędzona” w karuzeli życia, które znałam sprzed ślubu . Wydawało mi się, że nie muszę z niczego rezygnować, bo wystarczy pewien kompromis, by wszystko  połączyć. Tyle kobiet ma dzieci, męża i pracę jednocześnie – dlaczego u mnie miałoby być inaczej? 

Dziś Agnieszce bliskie jest powiedzenie, że "może wszystko, ale nie wszystko na raz". A jak  wcześniej wyglądała u niej piramida priorytetów? Zupełnie odwrotnie, niż dzisiaj. Choć nie jest łatwo powiedzieć to głośno – praca była wtedy ważniejsza niż mąż i dzieci. Na oznaki kryzysu nie trzeba było długo czekać. 

Mimo że od ślubu minęło już 5 lat, a rodzina powiększyła się o 2 dzieci, także Łukasz jako partner nie „przestawił się” jeszcze na tryb męża i ojca.

– Byliśmy młodym małżeństwem, tworzonym przez niedojrzałe osoby. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasze zakochanie nie wystarczy, żeby utrzymać bliską więź, że związek przechodzi różne fazy i że prędzej czy później pojawi się pierwszy kryzys - wspomina pierwsze lata po ślubie Łukasz.

Czego zabrakło na tamtym etapie? Świadomego działania, codziennych wyborów, które powinny małżonków zbliżać, a nie oddalać.

- Popełnialiśmy błędy, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy z celu naszego małżeństwa – dodaje Łukasz. 

Kryzys w małżeństwie wpisany w styl wspólnego życia

Oddalenie się od siebie małżonków było w tym momencie naturalną konsekwencją ich stylu życia – zabrakło wspólnego czasu, rozmów głębszych niż tylko „omiatanie” spraw bieżących. Pielęgnacja więzi wymaga zaangażowania obu stron - męża i żony, ich obecności w związku. Często kryzys w małżeństwie może pojawić się nie jako następstwo jakiś trudnych zdarzeń, ale w odpowiedzi na brak uważności na siebie małżonków. Tak było w tym przypadku.  

 - Zawsze chcieliśmy mieć gromadkę dzieci - nie w każdym małżeństwie jest to ustalone od początku, ale my mówiliśmy o tym wprost. Duża rodzina to było marzenie, które nas łączyło. Nie miałam trudności z zajściem w ciążę i na świecie całkiem niedługo po ślubie pojawił się syn. Po urodzeniu pierwszego dziecka nie zamierzałam wracać do pracy szybko. Łatwo było mi odnaleźć się w nowej sytuacji świeżo upieczonej mamy, więc z radością wykorzystałam cały urlop macierzyński. Dopiero po nim zapisałam dziecko do żłobka i wróciłam do firmy.  Kłopoty zaczęły się po narodzinach drugiej córki. Miałam trudności z karmieniem piersią, dlatego już po dwóch tygodniach dziecko było już całkowicie karmione butelką. Dla mnie oznaczało to wtedy jedno - nic nie stoi na przeszkodzie, by szybko wrócić do pracy - przyznaje Agnieszka. - Po pół roku zapisałam córkę do żłobka, a ja zameldowałam się w biurze gotowa do nowych zadań. 

Małżonkowie  mieli wsparcie babci, która odbierała starszego syna z przedszkola i córkę ze żłobka. Jeśli trzeba było zostać do 18.00 w pracy, dzieci były pod opieką mamy Agnieszki, która zaangażowała się do tego stopnia w pomoc młodym rodzicom, że zamieszkała nawet w ich domu.

- W naszej rodzinie zaczęły się trudne chwile. Myślę, że już wtedy żyliśmy jak małżeństwo w kryzysie. Pod jednym dachem, ale nie zainteresowani sobą. Łączyło nas tylko wychowanie dzieci. Brak czułości, obojętność - tak wtedy wyglądała nasza relacja -wspomina Agnieszka. - Korporacja wciągnęła mnie całą, do tego stopnia, że miałam wrażenie, że moja głowa była w projektach służbowych przez większość dnia. W pracy, dużej firmie eventowej, spełniałam się na wielu polach – mogłam być kreatywna i sprawcza, otoczona ludźmi, zaangażowana w przedsięwzięcia artystyczne. Wszystko, co wtedy wydawało się najważniejsze, dostawałam od firmy, to tam zaspokajałam cały pakiet moich potrzeb i oczekiwań. Dziś widzę, jakie niebezpieczeństwo niesie dla małżeństw ta „rodzinna atmosfera” w pracy, ale będąc w wirze zawodowym, nawet nie wiesz, że już przechodzisz kryzys w życiu prywatnym

W firmie Agnieszki, jak w większości korporacji, czas był tak zorganizowany, że mogłaby spędzać z kolegami z biura całe dnie, weekendy, święta i każdą wolną chwilą. 

-Wyjazdy integracyjne, wyjścia, lunche, wspólny sport – mieliśmy wszelkie możliwości, żeby nasze potrzeby z wielu dziedzin zaspokajać w pracy, z pracownikami. Ta atmosfera sprawiała, że relacje służbowe stawały się coraz bardziej zażyłe. Ilość czasu razem, ilość emocji, które razem przeżywaliśmy – wszystko to przyniosło przykre dla mojego małżeństwa skutki - przyznaje. - Zgodnie z powiedzeniem „o kim mówisz my - z tym masz więź” – w tamtych czasach bliższą relację miałam z kolegą z działu niż z własnym mężem. 

Dawne hobby miało pomóc - przyniosło kryzys małżeński

Co się działo w tamtym momencie z Łukaszem? Przeżywał problemy zawodowe – niespełniony w dotychczasowej pracy poszukiwał nowego pomysłu na siebie. Pocieszenie i odpoczynek od chwilowych niepowodzeń znalazł w swoim dawnym hobby – w surviwalu. Kto próbował ten wie, jakie to czasochłonne zajęcie. Spotkania, wyjazdy, emocje. Za namową poznanych tam osób zainwestował niemałą sumę w projekt, który miał być szansą na własny biznes, aokazał się nietrafiony. Pieniądze przepadły, za to frustracja urosła. Nieobecna żona, porażka na polu zawodowym – i nowe towarzystwo, w którym szczególnie wyróżniała się atrakcyjna młoda kobieta.

– Z perspektywy czasu widzę, że stąpałem po kruchym lodzie. Co sprawiło, że nie popłynąłem? Pamiętam, że w Internecie natrafiłem wtedy na stronę wspólnoty „Niewolnicy Maryi”. Zaintrygowała mnie ta nazwa – i zacząłem zgłębiać temat. Tak zaczął się mój rozwój duchowy - nie sądzę, że bez niego udałoby się uratować małżeństwo. Moja wiara w tamtym okresie była raczej tradycyjną pobożnością – ograniczającą się do niedzielnej mszy świętej. Temat „Niewolników Maryi" na tyle mnie zafascynował, że zacząłem opowiadać o nim Agnieszce. Pukała się w głowę – ale przynajmniej rozmawialiśmy.

Pomoc specjalisty - takiego eksperta się nie spodziewali 

Łukasz nie zniechęcił się reakcjami żony – postanowił dołączyć do wspólnoty i zawierzyć Maryi, matce Jezusa, swoje życie. Żeby to zrobić, potrzebny był udział w 33-dniowych rekolekcjach. Dzień po dniu czytał i rozważał treści o Św. Maryi – i zaczął opowiadać o swoich duchowych odkryciach Agnieszce. Rozmowy o zawierzeniu Maryi zaczęły przybliżać małżonków do siebie na nowo.

– Podczas jednej z takich rozmów wyznałam mężowi, że w pracy nawiązałam bliższą relację z jednym z kolegów i emocjonalnie zaczęło robić się między nami niebezpiecznie blisko. Byłam bardzo zdziwiona, gdy Łukasz przyznał, że i on ma zbyt bliską relację z jedną ze znajomych z grupy surviwalowej. Pamiętam to uczucie – mieszanina strachu, rozczarowania i złości. Na męża, ale i na siebie. Co my najlepszego robimy?

Kiedy po 33 dniach rekolekcji Łukasz zawierzył swoje życie Maryi, Agnieszka miała już w sercu decyzję, że chce zrobić to samo. Po kilku miesiącach również dołączyła do wspólnoty.

- Uważamy, że dzięki interwencji Bożej, przez Maryję, odzyskaliśmy bliskość między nami. Zaczęliśmy inaczej patrzeć na nasze małżeństwo. Pojawił się w naszej świadomości jego nowy wymiar – ten duchowy. Oczy wiary stawiają małżeństwo w  innym świetle. Nasza jedność, małżeństwo jako sakrament, cel naszego związku - po raz pierwszy odkryliśmy tę sferę dopiero 5 lat po ślubie. Kościelnym, ale zawartym przez duchowo nieświadomych młodych ludzi.

Niedługo po zawierzeniu się Maryi na świecie pojawiło się kolejne dziecko. Agnieszka zmieniła pracę. Łukasz znalazł nową.  

Wiemy, Kto pomógł nam przetrwać kryzys w małżeństwie

Czy da się prosto określić przyczyny kryzysu? U Agnieszki i Łukasza kilka spraw nałożyło się na siebie - plany zawodowe nieadekwatne do sytuacji życiowej, problemy finansowe, codzienna rutyna, która zaczęła ciążyć. Choć zawsze mieli wspólny język, pojawiły się problemy z komunikacją, bo żeby szczerze porozmawiać, zwłaszcza na trudne tematy, potrzeba czasu, a ich tryb życia nie przewidywał wtedy wspólnych chwil tylko we dwoje.   

- Nasz błąd – przestaliśmy się zauważać, nie przeznaczaliśmy czasu na rozmowę i daliśmy się wciągnąć w zawodowy wir. Po ludzku cały pakiet okoliczności, które mogłyby skończyć się zdradą - podsumowuje Łukasz. - Byliśmy o krok od przepaści – i to jednocześnie. Zaatakowani pokusami z dwóch stron – głowa pochłonięta pracą, emocje – osobami trzecimi.

 

Dziś po 10 latach od tamtych wydarzeń – tworzą już 8-osobową rodzinę, a niebawem na świecie pojawi się kolejna córka.

- Nie rozpamiętujemy tego, co złego działo się między nami – ale jesteśmy świadomi, że po ludzku jesteśmy bardzo słabi - mówią wprost małżonkowie. - Niezależnie od tego jak bardzo się kochamy – mogą nas dopaść najgorsze pokusy. Widzimy, co dzieje się wokół, z małżeństwami naszych znajomych, jak wiele z nich już się rozpadło. Nas umacnia wiara, wspólna modlitwa i priorytety – Bóg, współmałżonek, dzieci i reszta świata. Tego się trzymamy.